Witryna domowa q84_fH

Blog

Z czarnego snu bez snów, z uczuciem istoty wleczonej ku górze przepastnych i stopniowo rozświetlanych otchłani, Dorota ocknęła się, odzyskując pewien rodzaj świadomości.

Oczy miała nadal zamknięte. Jednakże stopniowo ich powieki traciły niewrażliwość na światło, aż otwarły się z właściwym sobie trzepotem. Patrzyła na ulicę, nędzną, ruchliwą ulicę małych sklepów i domów o wąskich fronto­nach, z potokami spieszących mężczyzn, tramwajów i samochodów jadących w obu kierunkach.

Na razie jednak powiedzenie, że patrzyła - nie wydaje się właściwe. Ponieważ to, co widziała, nie było widziane jako mężczyźni, tramwaje, samochody ani jako coś w ogóle określonego, nie było odbierane jako poru­szające się przedmioty; nawet nie jako przedmioty. Po prostu widziała tak, jak widzi zwierzę, bez zastanawiania się i prawie nieświadomie. Hałasy ulicy - pomieszany harmider głosów, jazgot klaksonów i zgrzyt tramwajów na zapiaszczonych szynach - przelatywały przez jej głowę wywołując reakcje czysto fizyczne. Brakło jej słów, a nawet pomysłu na użyteczność czegoś takiego jak słowa, świadomość czasu i miejsca, własnego ciała, a nawet własnego istnienia.

Mimo to postrzeganie stopniowo stawało się ostrzejsze. Potok ruchomych przedmiotów zaczynał przenikać poza oczy i wyodrębniać się w mózgu w osobne obrazy. Zaczęła, ciągle w milczeniu, obserwować kształty przedmiotów. Przepłynął przedmiot wydłużony, podpierany czterema innymi, węższymi, długimi przedmiotami, ciągnąc za sobą przedmiot o kształcie kwadratu koły­szącego się na dwu kręgach. Dorota patrzyła jak przemyka; i nagle, samo z siebie, w jej umyśle zabłysło słowo. Było to słowo „koń". Odbiegło, ale wróciło natychmiast w bardziej złożonej postaci: „To jest koń". Przyszły za nim inne słowa - ,,dom", „ulica", „tramwaj", „samochód", „rower" - aż po kilku minutach znajdowała nazwy niemal wszystkiego w zasięgu wzroku.

Odnalazła słowa „mężczyzna", „kobieta" i analizując te słowa odkrywała, że zna różnice między przedmiotami żywymi i martwymi, między istotami ludz­kimi i końmi, między mężczyznami i kobietami.

Dopiero teraz, kiedy rozpoznała większość otaczających ją przedmiotów, zdała sobie sprawę z własnego istnienia. Do tej chwili była parą oczu z wrażliwym, ale czysto bezosobowym poza nimi mózgiem. Teraz jednak, odrobinę tym wstrząśnięta, odkryła swoje własne niepowtarzalne istnienie; poczuła, że istnieje; coś zdawało się w niej krzyczeć „ja jestem ja !" Zarazem, jakimś sposobem, wiedziała, że owo „ja" istniało i było zawsze tym samym „ja" od niepamiętnych czasów, choć należało do przeszłości, która nie zosta­wiła wspomnień.

Córka proboszcza George Orwell